Philip K. Dick - Wisielec
- Nazwisko? - mrukn�� policjant z notatnikiem.
- Loyce. - Znu�ony otar� czo�o. - Edward C. Loyce. Wys�uchajcie mnie. Tam,
w parku...
- Miejsce zamieszkania? - przerwa� mu policjant. Samoch�d policyjny zwinnie
przedziera� si� pomi�dzy pojazdami i autobusami. Wyczerpany i oszo�omiony
Loyce wcisn�� si� w fotel. Spazmatycznie chwyci� oddech.
- 1368 Hurst Road.
- Czy to tutaj, w Pikeville?
- Oczywi�cie. - Loyce opanowa� si� morderczym wysi�kiem. - S�uchajcie.
Tam, na skwerze, na latarni wisi...
- Gdzie pan dzisiaj by�? - zapyta� policjant siedz�cy za kierownic�.
- Gdzie? - powt�rzy� jak echo Loyce.
- Nie przebywa� pan w swoim sklepie, prawda?
- Nie. - Potrz�sn�� g�ow�. - Nie, zosta�em w domu. W piwnicy.
- W piwnicy?
- Kopa�em. Stawiam nowe fundamenty. Wywozi�em ziemi�, aby wyla� na dno
cement. Dlaczego pan pyta? Co to ma wsp�lnego z...
- Czy kto� panu towarzyszy�?
- Nie. �ona pojecha�a do miasta. Dzieci by�y w szkole. - Loyce przenosi�
wzrok z jednego ros�ego policjanta na drugiego. W jego serce wkrad�a si�
iskierka desperackiej nadziei. - Czy chodzi o to, �e omin�o mnie... wyja�nienie?
Nie zd��y�em na czas tak jak pozostali?
Po chwili policjant z notatnikiem zabra� g�os.
- Zgadza si�. Omin�o pana wyja�nienie.
- Zatem to sprawa urz�dowa? Cia�o ma tam wisie�?
- Ma tam wisie�. �eby wszyscy widzieli.
Na ustach Eda Loyce'a wykwit� blady u�miech.
- Chryste! Chyba wreszcie wyszed�em z d�ugiego tunelu na �wiat�o dzienne.
A ju� my�la�em, �e dzieje si� co� niedobrego. Wiecie, co� w rodzaju
Ku-Klux-Klanu. Rozbuchana przemoc. Wyraz wzmo�onej aktywno�ci komunist�w
albo faszyst�w. - Trz�s�c� si� r�k� wyj�� z kieszeni na piersiach
chustk� i wytar� twarz. - Ciesz� si�, �e wszystko jest pod kontrol�.
- Wszystko jest pod kontrol�. - Samoch�d policyjny zmierza� ku Hali
Sprawiedliwo�ci. S�o�ce dawno ju� zasz�o. Ulice spowija� mrok. Nie
zapalono jeszcze latarni.
- Lepiej mi - rzek� Loyce. - A ju� prawie straci�em g�ow�. Porz�dnie si�
wystraszy�em. Teraz, skoro wszystko jest jasne, nie ma potrzeby, aby mnie
aresztowa�, prawda?
Policjanci nie odpowiedzieli.
- Powinienem wr�ci� do sklepu. Ch�opcy nie jedli jeszcze kolacji.
Ze mn� wszystko w porz�dku. Nie b�d� wi�cej sprawia� k�opotu. Je�li
zajdzie potrzeba...
- To potrwa tylko chwil� - przerwa� mu policjant siedz�cy za kierownic�. -
Rutynowa procedura, raptem kilka minut.
- Mam nadziej� - mrukn�� Loyce. Samoch�d przystan�� na �wiat�ach. -
Pewnie zak��ci�em porz�dek. To �mieszne, zdenerwowa� si� w ten spos�b
i...
Loyce szarpni�ciem otworzy� drzwi. Wyskoczy� na ulic�.
Otacza�y go samochody, nabiera�y pr�dko�ci wraz ze zmian� �wiate�.
Loyce skoczy� na kraw�nik i wpad� w k��bi�cy si� t�um. Za plecami s�ysza�
ha�as i okrzyki biegn�cych.
To nie byli policjanci. Od razu to sobie u�wiadomili. Zna�
wszystkich gliniarzy w Pikeville. Cz�owiek nie m�g� prowadzi� interesu w
ma�ym mie�cie i nie zna� wszystkich policjant�w.
To nie byli policjanci - i nie nast�pi�o �adne wyja�nienie.
Potter, Fergusson, Jenkins, �aden z nich nie zna� przyczyny tego zjawiska.
Nie do��, �e nie wiedzieli, to jeszcze nic ich to nie obchodzi�o. Ten fakt
intrygowa� go najbardziej. Loyce wbieg� do sklepu z towarami �elaznymi. Nie
zwa�aj�c na zdumionych sprzedawc�w i kupuj�cych, pogna� w kierunku
zaplecza i wypad� na zewn�trz tylnymi drzwiami. Potkn�wszy si� o kube� na
�mieci, zbieg� po betonowych schodkach. Wspi�� si� na ogrodzenie i
zdyszany zeskoczy� po drugiej stronie.
Wsz�dzie panowa�a cisza. Uda�o mu si� zmyli� pogo�.
Znajdowa� si� na skraju ciemnego zau�ka usianego
deskami, po�amanymi pud�ami i oponami. Widzia� biegn�c� w oddali ulic�.
Latarnia zamigota�a i rozb�ys�a �wiat�em. Ludzie. Sklepy. Neony. Pojazdy.
A po jego prawej stronie - posterunek policji.
By� blisko, bardzo blisko. Za platform� �adownicz�
sklepu spo�ywczego wznosi�a si� bia�a �ciana Hali Sprawiedliwo�ci.
Okratowane okna. Czujniki policyjne. Przebywanie w pobli�u takiego miejsca
nie wr�y�o mu nic dobrego. Musia� i�� dalej, aby znale�� si� w
bezpiecznej odleg�o�ci od nich.
Od nich?
Loyce ostro�nie ruszy� wzd�u� uliczki. Za posterunkiem
sta� ratusz, staro�wiecka ��ta budowla sk�adaj�ca si� z drewna, poz�acanego
mosi�dzu i cementowej zaprawy. Widzia� niezliczone rz�dy biur, ciemne okna,
cedry i klomby po obu stronach wej�cia.
Jego uwag� przyku�o co� jeszcze.
Nad ratuszem widnia�a plama nieprzeniknionej ciemno�ci,
odcinaj�ca si� od nocy ogarniaj�cej miasto. Pasmo rozleg�ej, gin�cej na
tle nieba czerni.
Nadstawi� uszu. Dobry Bo�e, us�ysza� co�, co sprawi�o, �e gor�czkowo
zapragn�� nie dopu�ci� do siebie tego d�wi�ku i wymaza� go z pami�ci.
Bzyczenie. Odleg�e, przyt�umione bzyczenie przywodz�ce na my�l pot�ny r�j
pszcz�.
Zesztywnia�y z przera�enia Loyce podni�s� g�ow�. Nad
ratuszem zawis�a p�achta ciemno�ci tak g�stej, �e prawie namacalnej. Co�
si� w niej rusza�o. Z nieba zst�powa�y roztrzepotane kszta�ty i
zatrzymawszy si� na chwil�, chmar� opada�y na dach.
Roztrzepotane kszta�ty. Z ciemnej szczeliny wisz�cej nad jego g�ow�.
Widzia� je.
Przez d�u�szy czas Loyce obserwowa� zaj�cie przyczajony
w b�otnistej ka�u�y za zniszczonym ogrodzeniem.
L�dowali. Schodzili na d� grupami, l�dowali na dachu ratusza, po czym
znikali w �rodku. Mieli skrzyd�a. Niczym gigantyczne owady. Szybowali w
powietrzu, by zaraz opa�� w d� i bokiem, niczym kraby, pope�zn�� w
stron� wej�cia do budynku.
Mimo ogarniaj�cych go md�o�ci wpatrywa� si� w nich jak
urzeczony. Zadr�a� pod wp�ywem zimnego podmuchu nocnego wiatru. Czu� znu�enie
i oszo�omienie. Na frontowych schodach ratusza gdzieniegdzie stali ludzie.
Inni wychodzili z budynku i przystawali na chwil� przed udaniem si� w dalsz�
drog�.
Czy by�o ich wi�cej?
To nie wydawa�o si� mo�liwe. Istoty zst�puj�ce z
czarnej otch�ani to nie ludzie. Pochodzi�y z innego �wiata b�d� wymiaru.
Wtargn�y do �rodka dzi�ki owemu p�kni�ciu, szczelinie w skorupie wszech�wiata.
Uskrzydlone owady z innej sfery bytu.
Grupa stoj�cych na schodach ratusza m�czyzn si�
rozdzieli�a. Kilku pod��y�o w kierunku czekaj�cego samochodu. Jeden z
pozosta�ych skierowa� si� z powrotem ku wej�ciu do budynku. W ostatniej
chwili zmieni� zdanie i odwr�ci� si�, by do��czy� do reszty.
Loyce w przera�eniu zamkn�� oczy. W g�owie mu hucza�o.
Z ca�ej si�y przytrzyma� si� pochy�ego ogrodzenia. Cz�ekokszta�tna
posta� raptownie poderwa�a si� w g�r� i dofrun�a do pozosta�ych.
Przebywszy dziel�c� j� od nich odleg�o��, osiad�a na chodniku pomi�dzy
nimi.
Pseudoludzie. Imitacje. Insekty obdarzone zdolno�ci�
upodabniania si� do cz�owieka. Jak owady ziemskie przybieraj�ce barwy
otoczenia. Loyce oderwa� si� od p�otu i powoli wsta�. Zapad�a noc. W
uliczce panowa� ca�kowity mrok. Lecz mo�e tamci widzieli w ciemno�ci. Mo�e
im nie przeszkadza�a.
Ostro�nie opu�ci� zau�ek i wyszed� na ulic�.
Przerzedzi� si� t�um zd��aj�cych chodnikiem przechodni�w. Na
przystankach sta�y kilkuosobowe grupki. Ulic� nadje�d�a� ogromny autobus,
b�yskaj�c w mroku �wiat�ami.
Loyce ruszy� do przodu. Przepchn�� si� mi�dzy czekaj�cymi
i kiedy autobus zajecha� na przystanek, wsiad� i zaj�� miejsce w rogu, tu�
przy drzwiach. Wkr�tce potem autobus ponownie w��czy� si� do ruchu.
Loyce nieco si� odpr�y�. Bacznie zlustrowa� otaczaj�cych
go pasa�er�w. Zm�czone, przygn�bione twarze. Ludzie wracaj�cy z pracy.
Nie cechowa�o ich nic szczeg�lnego. Nikt nie zwraca� na niego uwagi.
Wszyscy w milczeniu zag��bili si� w swoje siedzenia i ko�ysali si� w rytm
jazdy.
M�czyzna obok niego roz�o�y� gazet�. Bezg�o�nie
poruszaj�c ustami, przyst�pi� do przegl�dania rubryki sportowej. Ot,
zwyczajny cz�owiek w niebieskim garniturze i krawacie. Biznesmen lub
handlowiec, wracaj�cy do �ony i dzieci.
Po drugiej stronie przej�cia siedzia�a m�oda, mniej wi�cej
dwudziestoletnia kobieta o ciemnych oczach i w�osach, z pakunkiem na
kolanach. Mia�a na sobie nylonowe po�czochy, buty na wysokich obcasach oraz
czerwony p�aszcz i bia�y sweter z angory. Patrzy�a przed siebie nieobecnym
wzrokiem.
Licealista w d�insach i czarnej kurtce.
Pot�na niewiasta o potr�jnym podbr�dku i poszarza�ej ze zm�czenia
twarzy, ob�adowana wielk� torb� wype�nion� pude�kami i paczkami.
Zwykli ludzie, co wiecz�r wracaj�cy autobusem do dom�w na kolacj�.
Wracali do dom�w - pogr��eni w ot�pieniu za spraw�
obcych istot, kt�re przej�y kontrol� nad nimi, ich miastem oraz �yciem.
Nad nim samym r�wnie�. Tyle �e akurat przebywa� w swojej piwnicy zamiast w
sklepie i jakim� sposobem uszed� ich uwagi. Przeoczyli go. Zatem ich w�adza
nie by�a bezgraniczna.
Mo�e to samo dotyczy�o innych.
Loyce poczu� przyp�yw nadziei. Nie byli wszechmocni. Pomijaj�c go, pope�nili
b��d. Umkn�� sieci. Wyszed� z piwnicy w niezmienionej postaci.
Najwidoczniej zakres ich wp�yw�w mia� swoje granice.
Siedz�cy kilka miejsc dalej m�czyzna utkwi� w nim
wzrok. Loyce wyrwa� si� z zamy�lenia. M�czyzna by� szczup�y i ciemnow�osy,
nad jego g�rn� warg� widnia� niewielki w�sik. Szykownie ubrany, mia� na
sobie br�zowy garnitur i l�ni�ce buty. W drobnych d�oniach trzyma� ksi��k�.
Bacznie wpatrywa� si� w Loyce'a. Pospiesznie odwr�ci� g�ow�.
Loyce nabra� czujno�ci. Czy�by jeden z nich? Czy te� kto�, kogo r�wnie�
pomin�li?
M�czyzna ponownie skierowa� na niego bystre spojrzenie ma�ych, ciemnych i
przenikliwych oczu. W gr� wchodzi�a jedna mo�liwo�� z dwojga - albo
sprytnie unikn�� ich wp�ywu, albo by� jedn� z obcych istot pochodz�cych
spoza �wiata.
Autobus przystan��. Powoli wsiad� do niego starszy m�czyzna i skasowa�
bilet. Nast�pnie ruszy� wzd�u� przej�cia i zaj�� miejsce naprzeciw
Loyce' a.
Nowo przyby�y podchwyci� spojrzenie bystrookiego m�czyzny. W u�amku
sekundy zawarli mi�dzy sob� jakie� porozumienie. Ich wygl�d nie pozostawia�
w�tpliwo�ci.
Loyce wsta�. Autobus ruszy� w dalsz� drog�. Podbieg� do drzwi. Stan�wszy
na stopniu, szarpn�� za d�wigni� awaryjnego otwierania. Drzwi rozwar�y si�
na o�cie�.
- Hej! - wrzasn�� kierowca, wciskaj�c hamulec. - Co do cholery?...
Loyce wyt�y� wzrok. Autobus zwalnia�. Po obu stronach drogi sta�y domy.
Znajdowali si� w dzielnicy mieszkalnej, pe�nej trawnik�w i wysokich budynk�w.
Za jego plecami bystrooki m�czyzna zerwa� si� gwa�townie. Starszy pasa�er
r�wnie� wsta�. Pod��ali jego �ladem.
Loyce wyskoczy�. Z ogromn� si�� uderzy� o chodnik i potoczy� si� w
kierunku kraw�nika. Wraz z przyp�ywem b�lu poczu� zamykaj�c� si� nad
nim ciemno��. Wyrwa� si� z niej desperacko. Z wysi�kiem d�wign�� si�
na kolana, po czym znowu upad�. Autobus przystan��. Ludzie zacieli wysiada�.
Loyce pomaca� wok� siebie. Jego palce zacisn�y si� na jakim
przedmiocie. By� to le��cy w rynsztoku kamie�. J�cz�c z b�lu, stan��.
Zamajaczy� przed nim kszta�t. M�czyzna, bystrooki m�czyzna z ksi��ka.
Loyce kopn��. M�czyzna st�kn�� i upad�. Loyce zada� cios kamieniem.
M�czyzna z krzykiem usi�owa� odturla� si� na bok.
- Przesta�! Na mi�o�� bosk�, wys�uchaj mnie...
Uderzy� jeszcze raz. Rozleg� si� obrzydliwy chrz�st. G�os m�czyzny
przeszed� w nieartyku�owany be�kot. Loyce wyprostowa� si� i przyst�pi�
do odwrotu. Zaczynali nadchodzi� ludzie. Otaczali go ze wszystkich stron.
Niezgrabnie pobieg� w g�r� ulicy. Nikt go nie goni�.
Przystan�li nad nieruchomym cia�em m�czyzny z ksi��k�, bystrookiego m�czyzny,
kt�ry szed� za nim.
Czy�by pope�ni� b��d?
Za p�no to roztrz�sa�. Musia� uciec jak najdalej od nich. Jak najdalej
od Pikeville i mrocznej szczeliny ��cz�cej jego �wiat ze �wiatem nale��cym
do nich.
- Ed! - Janet Loyce nerwowo cofn�a si� o krok. - Co si� sta�o? Co...
Ed Loyce zatrzasn�� za sob� drzwi i wszed� do pokoju.
- Zasu� story. Szybko.
Janet podesz�a do okna.
- Ale...
- R�b, co m�wi�. Kto opr�cz ciebie jest w domu?
- Nikt. Tylko bli�niaki. S� na g�rze, w swoim pokoju. Co si� sta�o?
Tak dziwnie wygl�dasz. Dlaczego jeste� w domu?
Ed zamkn�� frontowe drzwi na klucz. Obszed� dom, po czym wkroczy� do
kuchni. Z szafki pod zlewem wyj�� wielki rze�nicki n� i przejecha� po
nim palcem. Ostry. Bardzo ostry. Wr�ci� do pokoju.
- Pos�uchaj - powiedzia�. - Nie mam zbyt wiele czasu, Wiedz�, �e uciek�em,
i b�d� mnie szuka�.
- Uciek�e�? - Twarz Janet wyra�a�a oszo�omienie i strach. – Kto wie?
- Miasto zosta�o przej�te. Panuj� nad nim. Rozgryz�em metod� ich dzia�ania.
Zacz�li od g�ry, od ratusza i komendy policji. To, co zrobili z prawdziwymi
lud�mi...
- 0 czym ty m�wisz?
- Zostali�my zaatakowani przez istoty z innego wszech�wiata i wymiaru. To
owady podszywaj�ce si� pod ludzi i dysponuj�ce mo�liwo�ci� kontrolowania
ich umys��w. Twojego r�wnie�.
- Mojego?
- Punkt przej�cia mie�ci si� tutaj, w Pikeville. Rz�dz� wami wszystkimi.
Ca�ym miastem - z wyj�tkiem mnie. Stoimy wobec pot�nego wroga, ale i on
ma s�abe punkty. W tym ca�a nasza nadzieja. Nie s� wszechmocni! Pope�niaj�
b��dy!
Janet potrz�sn�a g�ow�,
- Nie rozumiem, Ed. Ty chyba zwariowa�e�.
- Zwariowa�em? Nie. Po prostu mam szcz�cie. Gdybym nie siedzia� w
piwnicy, niczym nie r�ni�bym si� teraz od was. - Loyce wyjrza� przez
okno. - Nie mog� jednak marnowa� czasu na pogaw�dki. Przynie� sw�j p�aszcz.
- P�aszcz?
- Wynosimy si� st�d. Byle dalej od Pikeville. Musimy sprowadzi� pomoc.
Zwalczy� to zjawisko. Mo�na to uczyni�. Oni nie s� niepokonani. S�
blisko, ale je�eli niezw�ocznie podejmiemy kroki, na pewno nam si� uda.
Szybciej ! - Szorstko chwyci� j� za rami�. - Przynie� p�aszcz i zawo�aj
bli�niaki. Wyje�d�amy st�d. Nie bierz nic ze sob�. Szkoda czasu.
Poblad�a na twarzy kobieta podesz�a do szafy i wyj�a p�aszcz.
- Dok�d jedziemy?
Ed otworzy� szuflad� biurka i wysypa� jej zawarto�� na pod�og�. Wyci�gn��
map� samochodow� i roz�o�y� j�.
- Bez w�tpienia obstawili autostrad�. Ale jest i boczna droga.
Prowadzi do Oak Grove. Kiedy� ni� jecha�em. Jest praktycznie nieucz�szczana.
Mo�e o niej zapomnieli.
- Masz na my�li star� Ranch Road? Jezu, przecie� ona jest zamkni�ta. Nikt
nie powinien tamt�dy przeje�d�a�.
- Wiem. - Ed ponuro wepchn�� map� do kieszeni. - To w�a�nie nasza szansa.
Teraz zawo�aj bli�niaki i ruszajmy w drog�. Zatankowa�a� sw�j samoch�d,
prawda?
Janet nie posiada�a si� ze zdumienia.
- Chevy? Tankowa�am wczoraj po po�udniu. - Janet ruszy�a w kierunku schod�w.
- Ed, ja...
- Zawo�aj bli�niaki! - Ed otworzy� frontowe drzwi i wyjrza� na zewn�trz.
Nie dojrza� nikogo. Jak na razie wszystko sz�o po jego my�li.
- Zejd�cie na d� - zawo�a�a �ami�cym si� g�osem Janet. - Wyje�d�amy...
wyje�d�amy na jaki� czas.
- Teraz? - dobieg� g�os Tommy'ego.
- Pospieszcie si� - warkn�� Ed. - Schod�cie na d�, obydwaj.
Tommy ukaza� si� na szczycie schod�w.
- Odrabia�em lekcje. Zacz�li�my u�amki. Panna Parker m�wi, �e je�li
tego nie zrobimy...
- Pal sze�� u�amki. - Ed chwyci� syna za r�k� i popchn�� go w stron�
drzwi. - Gdzie jest Jim?
- Ju� idzie.
Jim powoli zacz�� schodzi� po schodach.
- O co chodzi, tato?
- Jedziemy na przeja�d�k�.
- Na przeja�d�k�? Dok�d?
Ed odwr�ci� si� do Janet.
- Zostawimy zapalone �wiat�a i telewizor. Id� i w��cz go. – Popchn��
j� w stron� odbiornika. - Niech my�l�, �e wci�� jeste�my...
Us�ysza� bzyczenie. Momentalnie zamilk� i wyci�gn�� n�.
Zdr�twia�y patrzy�, jak naciera na niego uskrzydlona posta� w dalszym ci�gu
nieco podobna do Jimmy’ego. By�a niedu�a, najwyra�niej jeszcze nie w pe�ni
rozwini�ta. Z twarzy napastnika spogl�da�y na niego zimne, fasetkowe
owadzie oczy. Uskrzydlone cia�o nadal mia�o na sobie ��ty
podkoszulek i d�insy ch�opca. Zbli�aj�c si� do niego, posta�
wykona�a dziwny p�obr�t. Co to mia�o znaczy�?
��d�o.
Loyce zamachn�� si� desperacko no�em. Bzycz�c w�ciekle,
posta� si� cofn�a. Loyce podpe�z� ku drzwiom. Tommy i Janet stali
nieruchomo jak pos�gi, patrz�c na niego beznami�tnie. Loyce uderzy�
ponownie. Tym razem n� napotka� op�r. Posta� zachwia�a si�, wydaj�c z
siebie przenikliwy pisk. Uderzy�a o �cian� i z trzepotem run�a na pod�og�.
Co� wtargn�o do jego umys�u. Nap�r si�y, energii
sonduj�cego go obcego umys�u. Poczu� si� obezw�adniony. Intruz zapanowa�
nad nim na jedn� kr�tk� chwil�. Obcy wp�yw usta� w momencie, gdy posta�
znieruchomia�a na dywanie, zastygaj�c w bezw�adny kopczyk.
By�a martwa. Tr�ci� j� nog�. Przypomina�a owada,
wielk� much�. ��ty podkoszulek, d�insy. Jimmy... Nie dopu�ci� do
siebie tej my�li. Za p�no, aby si� nad tym zastanawia�. Brutalnie wyci�gn��
n� i ruszy� ku drzwiom. Janet i Tommy nadal stali nieruchomo.
Samoch�d sta� na zewn�trz. Nigdy si� nie przeci�nie. B�d�
na niego czeka�. Mia� przed sob� dziesi�� mil pieszej w�dr�wki. Dziesi��
mil po nier�wnym gruncie, w�r�d w�woz�w, otwartych przestrzeni i pag�rk�w
poro�ni�tych dzikimi chaszczami. B�dzie musia� przeby� je sam. Loyce
otworzy� drzwi. Omi�t� spojrzeniem �on� i syna. Nast�pnie zatrzasn��
za sob� drzwi i zbieg� po schodkach werandy.
Chwil� p�niej p�dzi� w ciemno�ci w kierunku skraju miasta.
Wczesno poranne s�o�ce s�a�o na ziemi� o�lepiaj�cy
blask. Zdyszany Loyce przystan��, ko�ysz�c si� w prz�d i w ty�. Pot
zalewa� mu oczy. Odzie� wisia�a na nim w strz�pach, podarta przez kolce i
ga��zie, w�r�d kt�rych musia� si� przedziera�. Dziesi�� mil -
przyczajony na kolanach niczym �cigane noc� zwierz�. Buty ca�kowicie
oblepione b�otem. Utyka�,by� podrapany i �miertelnie znu�ony.
Lecz na wprost niego rozci�ga�o si� Oak Grove.
Wzi�� g��boki oddech i ruszy� w d� zbocza.
Dwukrotnie potkn�� si� i upad�, ale wstawa� i podejmowa� swoj� w�dr�wk�.
Dzwoni�o mu w uszach. Obraz przed oczami falowa� za mg��. Ale dotar� na
miejsce. Wydosta� si� z Pikeville.
Rolnik na polu wytrzeszczy� na niego oczy. Stoj�ca przy
domu m�oda kobieta spogl�da�a na niego ze zdumieniem. Loyce doszed� do
drogi i skr�ci� w ni�. Na wprost niego znajdowa�a si� stacja benzynowa i
bar. Kilka ci�ar�wek, grzebi�ce w ziemi kurcz�ta, przywi�zany sznurkiem
pies. Kiedy dochodzi� si� do stacji, ubrany na bia�o pracownik nie spuszcza�
ze� podejrzliwego spojrzenia.
- Dzi�ki Bogu. - Przytrzyma� si� �ciany. - Nie s�dzi�em, �e mi si�
uda. �ledzili mnie przez wi�kszo�� drogi. S�ysza�em ich bzyczenie.
Nieustannie dobiega�o zza moich plec�w.
- Co si� sta�o? - zapyta� pracownik. - Mia� pan wypadek? Napadni�to pana?
Loyce ze zm�czeniem potrz�sn�� g�ow�. - Przej�li ca�e
miasto. Ratusz i komend� policji. Powiesili cz�owieka na latarni. To jego
najpierw zobaczy�em. Zablokowali wszystkie drogi. Widzia�em, jak unosz� si�
nad jad�cymi samochodami. Zgubi�em ich oko�o czwartej nad ranem. Od razu to
wiedzia�em. Czu�em, jak odchodz�. Potem wzesz�o s�o�ce.
Pracownik nerwowo obliza� wargi.
- Pomiesza�o si� panu w g�owie. Lepiej sprowadz� lekarza.
- Prosz� zawie�� mnie do Oak Grove - wydusi� Loyce. Ci�ko opad� na �wir.
- Musimy zacz��... usuwa� ich z miasta. I to zaraz.
Magnetofon rejestrowa� ka�de jego s�owo. Kiedy sko�czy�, Komisarz wy��czy�
nagrywanie i podni�s� si� z krzes�a. Sta� przez chwil� g��boko zamy�lony.
Wreszcie wyj�� papierosy i zapali� powoli, z pochmurnym wyrazem na mi�sistej
twarzy.
- Nie wierzy mi pan - powiedzia� Loyce.
Komisarz pocz�stowa� go papierosem. Loyce niecierpliwie odepchn�� jego r�k�.
-Niech pan da spok�j. - Komisarz podszed� do okna i popatrzy� na rozci�gaj�ce
si� za nim Oak Grove.
- Wierz� panu - odrzek� raptownie.
Loyce a� os�ab� z ulgi.
- Dzi�ki Bogu.
- A wi�c uciek� pan. - Komisarz potrz�sn�� g�ow�. - By� pan w piwnicy
zamiast w pracy. C� za zbieg okoliczno�ci. Przypadek jeden na milion.
Loyce upi� z kubka �yk czarnej kawy, kt�r� mu przynie�li.
- Mam pewn� teori� - wymamrota�.
- Mianowicie?
- Chodzi o nich. O to, kim s�. Ka�dorazowo przejmuj� jeden region,
rozpoczynaj�c od g�ry, od najwy�szego szczebla w�adzy. Stamt�d ich dzia�alno��
zatacza coraz szerszy kr�g. Kiedy umocni� si� w jednym miejscu, przechodz�
do nast�pnego. Posuwaj� si� krok po kroku, powoli i metodycznie. Wed�ug
mnie to trwa ju� od d�u�szego czasu.
- Od d�u�szego czasu?
- Od tysi�cy lat. Nie s�dz�, aby by�a to jaka� nowo��.
- Na jakiej podstawie pan tak twierdzi?
- Kiedy by�em ma�y... Obrazek, kt�ry pokazano nam na lekcji religii. By�a
to stara, ko�cielna rycina. Przedstawia�a wrogie b�stwa pokonane przez
Jehow�; Molocha, Belzebuba, Baala, Asztarte...
- No i?
- Ka�dy z nich mia� sw�j symboliczny odpowiednik. - Loyce podni�s� wzrok
na Komisarza. - Belzebuba przedstawiano w postaci wielkiej muchy.
Komisarz odchrz�kn��.
- To stare dzieje.
- Pokonano ich. Biblia stanowi �wiadectwo ich pora�ki. Odnosz� pewne korzy�ci,
lecz koniec ko�c�w zostaj� pokonani.
- Dlaczego?
- Nie s� w stanie dotrze� do wszystkich. Tak jak w moim przypadku. I nigdy
nie dostali Hebrajczyk�w. Ci rozes�ali wie�ci po ca�ym �wiecie, by u�wiadomi�
innym niebezpiecze�stwo. Dwaj m�czy�ni w autobusie. Oni chyba rozumieli.
Uciekli, podobnie jak ja. - Zacisn�� pi�ci. - Zabi�em jednego z nich.
Pope�ni�em b��d. Obawia�em si� podj�� ryzyko.
Komisarz kiwn�� g�ow�.
- Tak, oni niew�tpliwie uciekli tak jak pan. Jednak�e reszta miasta zosta�a
opanowana. - C�, panie Loyce. Najwyra�niej rozpracowa� pan wszystko.
- Nie wszystko. Wisielec. Cz�owiek wisz�cy na latarni. Nijak nie mog� tego
zrozumie�. Dlaczego? Dlaczego powiesili go na widoku?
- Przecie� to proste. - Na twarzy Komisarza pojawi� si� nieznaczny u�miech.
- Zasadzka.
Loyce zesztywnia�. Serce przesta�o mu bi�.
- Zasadzka? Co pan przez to rozumie?
- Aby pana zwabi�. Zmusi� do ujawnienia si�. Dlatego wiedzieli, kto znalaz�
si� pod kontrol�, a kto si� wymkn��.
Loyce ze zgroz� cofn�� si� o krok.
- Zatem spodziewali si� przeszk�d! Przewidzieli. .. - Urwa�. - Przygotowali
zasadzk�.
- I pan w ni� wpad�. Poprzez swoj� reakcj� zwr�ci� pan na siebie ich
uwag�. - Komisarz gwa�townie ruszy� ku drzwiom. - Idziemy, Loyce. Nie ma
chwili do stracenia. Pora na nas.
Oszo�omiony Loyce z wolna powsta� z miejsca.
- A tamten cz�owiek. Kim by� tamten cz�owiek? Nigdy przedtem go nie widzia�em.
By� obcy w naszym mie�cie. Ca�y umazany b�otem, o pokaleczonej twarzy...
Na twarzy Komisarza pojawi� si� dziwny wyraz.
- Mo�e i to wkr�tce stanie si� dla pana jasne. Idziemy, panie Loyce.
- Z b�yszcz�cymi oczami otworzy� drzwi. Loyce w przelocie dojrza� skrawek
biegn�cej przed komisariatem ulicy. Zobaczy� policjant�w i jaki� podest. S�up
telefoniczny. . . i stryczek! - T�dy prosz� - powiedzia� z zimnym u�miechem
Komisarz.
Wraz z zachodem s�o�ca, zast�pca dyrektora Banku Handlowego w Oak Grove opu�ci�
skarbiec, zatrzasn�� ci�kie zamki, w�o�y� kapelusz i p�aszcz, po czym
pospiesznie wyszed� na chodnik. Nieliczni przechodnie spieszyli do dom�w na
kolacj�.
- Dobranoc - po�egna� go stra�nik, zamykaj�c za nim bram�.
- Dobranoc - odmrukn�� Clarence Mason. Pod��y� ulic� w kierunku swojego
samochodu. By� zm�czony. Przez ca�y dzie� pracowa� w podziemnym skarbcu,
studiuj�c rozk�ad pomieszcze� depozytowych celem ustalenia, czy znajdzie si�
miejsce na kolejny rz�d. Cieszy� si�, �e mia� to ju� za sob�.
Na rogu ulicy przystan��. Jeszcze nie zapalono latarni. Na ulicy panowa�
mrok, odbieraj�c kszta�tom ich wyrazisto��. Rozejrza� si� i... zamar�.
Na s�upie telefonicznym stoj�cym na wprost komisariatu wisia� jaki� du�y
i bezkszta�tny przedmiot. Porusza� si� lekko ko�ysany wiatrem.
Co to u licha mog�o by�?
Mason ostro�nie podszed� bli�ej. Marzy� o powrocie do domu. By� zm�czony
i g�odny. Pomy�la� o �onie, dzieciach, gor�cym posi�ku na stole. Jednak
w wisz�cym przedmiocie by�o co� odpychaj�cego i z�owrogiego. Z uwagi na
kiepskie o�wietlenie za nic nie m�g� ustali� jego pochodzenia. Wbrew sobie
post�pi� kilka krok�w naprz�d, aby si� lepiej przyjrze�.
Przedmiot wzbudzi� w nim niepok�j. Przerazi� go. Przerazi�... i
zafascynowa�.
Co dziwne, nikt inny nie zwraca� na niego uwagi.